A jeśli…

A jeśli ja się boję życia?
Jeżeli ono mnie przeraża?
Jeśli przyglądam się z ukrycia
i życie sobie wyobrażam?

A wyobraźnia podpowiada
nie zawsze miłe fantazmaty.
Wychylam się niepewnie z kąta,
kroczek za kroczkiem, tak na raty.

Najpierw wystawiam lewą nogę,
lekko podłoża nią dotykam.
I gdy już drugą chcę postawić,
moja brawura z nagła znika.

Więc podejmuję drugą próbę.
Tym razem taszcząc nogę prawą.
Ciężka jest jakaś i leniwa,
więc ruch wychodzi mi niemrawo.

Cóż, po raz trzeci (i ostatni?)
podyskutuję z moich strachem.
Pozostajemy razem w kącie
lub wyłazimy stąd z rozmachem!

On jednak mało jest rozmowny,
wskoczył do brzucha, zatkał uszy.
Niby go nie ma, nic nie słyszy
i tylko gały wybałuszył.

I co ja biedna mam uczyć?
Zaszyć się w kącie już tak po grób?
Czy z przycupniętym w brzuchu strachem
mnożyć liczebność witalnych prób?