Otwierają się podwoje,

 

Otwierają się podwoje,
proszę Gości na pokoje!

 

Wiersz się z wierszem stroją modnie
(elegancko i wygodnie).
Bowiem trzeba mieć prezencję,
by wyrazić móc esencję
tego, co się dziś wydarza
i przez słowa się wyraża.
Rymy już warkocze plotą
i gromadzą się z ochotą.
Wiersze prosto z klawiatury,
zamawiają też fryzury -
te prościutkie i z pazurem,
każdy dba o koafiurę!
Na inauguracji fecie
znikły myśli gdzieś o diecie.
Wszyscy chłepczą nektar lepki
i wcinają zdrowe chlebki.

 

Gospodyni zaś w czerwieni,
jakoś dziwnie się rumieni
i łopocze skromnie rzęsą…
Troszkę jej się ręce trzęsą,
kiedy wita zacnych Gości,
tę plejadę niezwykłości!
Czasem dygnie lub się skłoni,
(nie przestając wciąż się płonić ).
Innym razem rzuci żartem,
melodyjnym, na trzy-czwarte,
bowiem pośród tłumu gości
również są znakomitości,
co się szczycą świetnym słuchem
(dziś łaskawie na fałsz głuche).
Ci, co czują, są w większości
w tłumie nadzwyczajnych Gości,
więc ukradkiem między nimi
skrada się dziś gospodyni.
Bowiem za nic mają święta,
w mig wyczują, że jest spięta…

 

Już przybyli ci, co tworzą,
(sami lub z pomocą Bożą),
ci, co piszą i malują,
sztukę pełną piersią czują…
Są też dzieci Melpomeny,
przyfrunęły wprost ze sceny –
rozedrgane artystycznie,
i duchowo, i mimicznie.
Widać terapeutów lożę
(czy mi któryś z nich pomoże?).

 

W holu tłumnie, kolorowo!
Ci bez głowy i Ci z głową
pojawili się tantrycy.
Są poważni historycy.
Dziennikarzy przyszło paru,
pani z szatni i gość z baru.
Kilku mądrych jest fizyków,
garstka głośnych choleryków,
projektanci wnętrz przecudnych
i zmywacze naczyń brudnych.
Jest ponętna urzędniczka,
facet, co uniknął stryczka.
Przyszło czterech myślicieli
i duch, co się w kota wcielił.
Jest pedagogiczne grono,
król bez tronu, lecz z koroną.
Widzę kreatorów stylu,
policjantów dwóch w cywilu.
O, i skryty za filarem
stoi skromnie rząd kucharek.
Grupą przyszli też prawnicy.
Tuż za nimi ogrodnicy,
cztery elfy, dwie syrenki.
Ptak, co dziobie prosto z ręki.
Przyszła mądra też Starucha,
której grono kobiet słucha.
Chudy zajrzał gitarzysta.
Jest też akordeonista.
Pięć śpiewaczek, tenor jeden
i tancerek salsy siedem.
Także Kaszub wpadł z wizytą,
z dwójką dzieci i kobitą.
Informatyk z komputerem
i chemików, chyba czterech.
Para bliźniąt dwujajowych,
mąż sąsiadki – jajogłowy.
Architekci też przybyli,
a wraz z nimi rój motyli.
Ach, korowód nie ma końca,
od podłogi aż… do słońca.

 

Ci i inni, też wspaniali,
miękko się porozsiadali.
Gospodyni wszystkich wita.
Gdy o zdrowie grzecznie spyta,
to częstuje tym, czym chata
w obfitości swej bogata…
A więc najpierw – danie pierwsze,
a w nim oczywiście wiersze.
Danie drugie – limeryki,
z wytwórnianej wprost fabryki.
Znów na deser – smaczny lepiej
(nie ma takich w żadnym sklepie!).
Dla tych, co z empatii słyną:
altruitki dwie z maliną.
Do popicia kufel miodu,
słodki z wierzchu i od spodu.
Potem tańce, śpiewy, śmiechy -
imprezowy gaz do dechy!

 

A gdy zmrok Wytwórnię skąpie,
gospodyni się wykąpie.
I wzruszona, z łezką w oku,
leżąc już na jednym z boków,
powspomina chwile piękne,
takie, w których serce mięknie.
Westchnie sobie po cichutku
i oparta na podbródku
powie cicho, lecz z czułością:

 

Czuję szczęście dzięki Gościom,
Dzięki Czytelnikom wszystkim
mogę spijać nektar z miski
i zanurzać się w milczeniu
w rymowaniu i tworzeniu…
Za to dziś dziękuję ślicznie,
chociaż z żartem, lecz lirycznie
i naprawdę z głębi duszy,
którą moment ten poruszył…!

 

Powrót